Blood brothers- Bracia krwi w Theatre Royal Brighton.

 Z przyjemnością zamieszczam link do portalu Teatr dla wszystkich, gdzie została opublikowana moja recenzja musicalu Blood brothers, który oglądałam w Theatre Royal Brighton. Bardzo się cieszę, że od czasu do czasu ukazują się tam moje prace. Zachęcam też  do zapoznania się z tym portalem. Tam, jak mówi tytuł jest wszystko o teatrze.👍

 
Chciałam się podzielić refleksją z wizyty w Theatre Royal Brighton, gdzie miałam przyjemność  zasiąść w historycznych czerwonych fotelach  i w walentynkowy wieczór 14 lutego  obejrzeć  sentymentalny musical Blood Brothers- Bracia krwi, którego prapremiera odbyła się w Liverpoolu w 1983 roku , a potem z przerwami musical był grany w różnych teatrach West Endu. Obecnie projekt realizowany jest jako UK Tour. 
Zanim zgasły światła, zastanawiałam się dlaczego musical jest prawie nieznany w Polsce, mimo jego statusu legendy na West Endzie.  Wynika  to z kilku specyficznych czynników kulturowych i rynkowych.  Libretto Willy’ego Russella opiera się na silnych brytyjskich podziałach społecznych (Liverpool lat 60.-80.). Dla polskiego widza tragizm wynikający z różnic klasowych "akcentu i pochodzenia" jest mniej czytelny niż dla Brytyjczyków. W Polsce  dominują  wielkie spektakle musicalowe, teatry muzyczne  stawiają na produkcje o ogromnym rozmachu wizualnym (Upiór w operzeNędznicy). Blood Brothers to spektakl kameralny, niemal ascetyczny, który opiera się na grze aktorskiej i tekście, co w Polsce wydaje się być bliżej teatru dramatycznego nie komercyjnego hitu musicalowego.

W przeciwieństwie do takich tytułów jak Mamma Mia! czy KotyBlood Brothers nigdy nie doczekał się wysokobudżetowej adaptacji filmowej, która zbudowałaby rozpoznawalność wśród masowej publiczności w Polsce.. Choć musical był wystawiany w naszym kraju (m.in. polska prapremiera w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie w 1993 r. oraz w warszawskim Teatrze Rampa w 1999 r.), produkcje te nie stały się długoletnimi przebojami, które weszłyby na stałe do kanonu popkultury, jak np. musical Metro.

I tak  z wesołej, wypełnionej ludźmi ulicy, wieczorem, po całkiem ciepłym słonecznym dniu  14 lutego weszłam  do Królewskiego Teatru Brighton. Najpierw zdziwił mnie brak szatni, ale spokojnie poszłam na swój drugi balkon. Płaszcz  jak inni powiesiłam na oparciu krzesła. Wokół widziałam dużo młodzieży  w codziennych strojach.  Dorośli popijali wino, a nawet piwo kupowane w bufetach znajdujących się na każdym poziomie. Młodzież zajadała popcorn. teatr bez dystansu, bez ceremonialności. Naturalny element miejskiego  życia.

Zderzenie polskiej wrażliwości z brytyjskim klasykiem, jakim jest Blood Brothers,- historii braci rozdzielonych przez los,  to doświadczenie pełne refleksji. Jako widzowie z Polski, wychowani na literaturze poruszającej tematy mezaliansu i determinizmu społecznego, odnajdujemy w tej sztuce coś dziwnie znajomego – echo walki o godność w świecie, który z góry przypisał nam miejsce na drabinie społecznej.  Najbardziej porusza uniwersalny tragizm. Akcja dzieje się w Liverpoolu, Pani Johnstone jako młodziutka dziewczyna najpierw   czuje się "Jak Marilyn Monroe" w arii pod tym tytułem, potem jest  kobietą zgorzkniałą , upokorzoną i biedną. Ma kilkoro dzieci. Scena, w której oddaje dziecko, by zapewnić mu lepszy byt, budzi w nas naturalny odruch buntu wobec niesprawiedliwości, który  dobrze znamy z naszej historii. Przejmująco tę rolę odegrała Vivienne Carlyle, bez patosu, z prostotą i prawdą.

Sercem spektaklu pozostają dwie  główne role chłopców. Aktorzy, Mickey (Sean Jones) i Eddie (Joe Sleight) tworzą  porywające wielowymiarowe  kreacje.  Wybuchowa mieszanka chłopięcej energii i tłumionej frustracji Mickeya  jest autentyczna, podczas gdy ciepło i naiwność Eddiego sprawiają, że tragiczne okoliczności, ku którym zmierzają, stają się  jeszcze  boleśniejsze.

Zdjęcie z zasobów teatralnych, ogólnodostępne

 Zadziwiające jest to, jak dorośli aktorzy potrafią bez cienia śmieszności stać się siedmiolatkami. Przejście od dziecięcej radości w pierwszej części do brutalnej, dorosłej beznadziei w drugiej, wywołuje autentyczny żal. Widownia  często się śmiała w tej dziecięcej części. Niewinna przyjaźń z dzieciństwa, pomimo różnic klasowych została pięknie zaśpiewana w arii My friend.  Nie zawsze rozumiałam kontekst dialogów.  Mówili liverpoolskim akcentem Scouse. Wspólna koleżanka  chłopców Linda, potem żona Mickey`a  i cała historia z nią związana bardzo mnie wzruszyła. Mówiła tym  akcentem  i świetnie odgrywała prostą dziewczynę z robotniczego środowiska. Potem bardzo szybko spodziewała się dziecka, prosty ślub, dzieci. Powielała rolę  pani Johnstone. Leitmotiv "Jak Marilyn Monroe" był przejmująco smutny. Linda zachowywała się  bardzo naturalnie i przypominała mi nasze polskie filmowe bohaterki lat 70., np. Bronka Z daleka od szosy czy z serialu Droga. Ale potrafiła się zmienić, gdy w późniejszym życiu stała się potem przyjaciółką zamożnego Edwarda, radnego miejskiego.

Zdjęcie ogólnodostępne
 Postać Narratora, śledzącego bohaterów niczym fatum w greckiej tragedii, nadaje całości niemal mityczny wymiar. Unosi się nad wydarzeniami ze  złowieszczą aurą, będąc uosobieniem losu i folkloru. W musicalu tak przesiąkniętym przesądami, szczególnie  na temat bucików, których nie wolno kłaść na stole,  to narrator wydawał się złym czarodziejem. Czuło się, że  przeznaczenie jest zawsze blisko, a konsekwencje podziałów klasowych są nieuniknione.  Rola Narratora przypominała mi  tragedię Antygona i Balladyna

Pod względem inscenizacyjnym  spektakl jest oszczędny, nienarzucająca się scenografia, proste rekwizyty. W biednej rodzinie jest stary kredens, w bogatej wygodna sofa, na ulicy prosta ławka, słup czy witryna sklepowa . Stroje stygmatyzują biedę. Pani Johnstone chodzi w fartuchu sprzątaczki, pani Lyons w czółenkach, eleganckiej spódnicy i sweterku, ma wymodelowaną fryzurę.  Biedny Mickey oraz jego starszy brat mają młodzieżowe obdarte jeansy, zwykłe sportowe tenisówki, Eddie od dziecka chodzi starannie ubrany w dobrze skrojone spodnie, koszulę, sweterek polo.

Zakończenie spektaklu utworem pełnym rozpaczy, wyśpiewanym przez nieszczęśliwą matkę Tell Me It’s Not True” sprawiło, że cała sala w Brighton wstała z miejsc. Dla polskiego widza to moment szczególny – pokazuje, że mimo barier językowych i kulturowych, lęk przed utratą bliskich i gniew na niesprawiedliwy los, frustracje związane z biedą są wspólne dla nas wszystkich. Blood Brothers z londyńskiego West Endu to klasyka, która trwa od ponad 40 lat. Gościnny występ w Brighton w dniach 10-14 lutego przyciągnął komplety widzów na dwóch przedstawieniach dziennie.    Analiza nierówności społecznych, szans życiowych i mitów, których się kurczowo trzymamy, oddziałuje  z ogromną siłą, nawet dekady po premierze i tysiącach przedstawień. Patrząc na widownię, widać, że spektakl przyciąga wszystkie pokolenia – w tym liczną grupę uczniów szkół średnich, którzy  omawiają tę sztukę w ramach egzaminów GCSE. Jaką radością musi być dla Willy'ego Russella świadomość, że jego twórczość porusza tak różnorodną grupę ludzi. 

Wyszłam z teatru  już w chłodną noc nad  English Channel, nie  La Manche, a ludzie nadal wesoło się bawili i rozmawiali w kawiarnianych ogródkach. To był wyjątkowy wieczór  dla mnie.

 


 

 

Komentarze

  1. Alu, przepięknie i plastycznie opowiadasz, wystarczy zwizualizować i jakby się tam było!
    Za musicalami nie przepadam, ale z opisu wynika, że ten warto zobaczyć, bo jeśli wywołuje takie emocje, to dla emocji zawsze warto!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję. Tak się cieszę,że wróciłam wreszcie do Anglii, bo nie byłam tyle lat. Obowiązki rodzinne mnie pochłonęły. Akurat miałam szczęście, że słynny musical z West Endu zawitał do Brighton w czasie mojego pobytu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Parę refleksji od Guciamal:
    Bardzo profesjonalna recenzja i zachęcająca do obejrzenia. Z fabuły wnoszę, że by mi się podobało, lubię smutne i refleksyjne musicale, nie przepadam za takimi brodwayowskimi typu rewiowego. Co do samego teatru to pisałam to zdaje się przy okazji Les Mis, choć może Upiora- brak szatni, lub szatnia na kilkanaście okryć. W jednym z teatrów była taka malutka, gdzie mało kto zostawiał okrycie, bo trzeba było zapłacić funta czy dwa. Śmieszyło mnie to, jak ludzie nie chcieli skorzystać z powodu opłaty, bo za bilet płaciło się taką kwotę, że ten funt to było już nic. Mnie się akurat to nie podoba- brak szatni, bo nie lubię trzymać płaszcza na kolanach, ani aby ktoś mi po nim deptał. Nie muszę nosić kostiumów od znanych projektantów, czy błyszczących sukienek, ale jakiś komfort chciałabym mieć płacąc krocie za bilet. Co prawda samo przedstawienie wynagrodziło mi te niedogodności, ale nie podobało mi się to, podobnie, jak ludzie z siatami i zakupami na sali. Za to reakcja publiczności zdecydowanie bardziej żywiołowa niż nasza polska elegancka i bez zakupów publiczność, która czasem na ołów w pupie i nawet nie wstanie na owacje. Jeśli trafię na ten tytuł z chęcią obejrzę, bo Anglicy są profesjonalistami, choć muszę przyznać, że i u nas bardzo się w tej dziedzinie dużo dzieje. Ale marzy mi się, aby tytuł był grany tak długo, jak na West Endzie (tyle, że nie mamy aż takiej publiki, takiego zainteresowania, co z drugiej strony dziwne, bo np bilety do muzycznego w Gdyni muszę kupować minimum na pół roku wcześniej, a czasem i osiem miesięcy wcześniej. Więc może jednak wyrabia się nam publiczność musicalowa (przynajmniej w Gdyni, gdzie mamy duży, nowoczesny teatr na wiele miejsc, a mimo to -patrz wyżej).


    OdpowiedzUsuń
  4. Od kolegi Krzysztofa przy poście na Fb:
    Bardzo ciekawe obserwacje obyczajowe. U nas w Polsce nie do wyobrażenia, niedawno w pewnym łódzkim teatrze kazano wyrzucać butelki z wodą mineralną w ich bufecie kupioną. A musical rzeczywiście u nas (prawie) nieznany. Szkoda. Myślę, że nasze teatry, jak już kupują licencję na jakiś spektakl, to taki, co do którego istnieje pewność, że przyniesie zysk. A poza tym, cóż, świetne pióro, lekkość stylu, bardzo dobrze się czyta!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Echa Edo, przebłyski Meiji- w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej.

Malta wyspa zalana słońcem- moje prelekcje.

ABBA i teatr pamięci. Dancing Queen po sześćdziesiątce.