Dosłowniej, znikliwiej- spotkanie z Utą Przyboś- Christiaens i własnym przemijaniem.
Felieton wydrukowany w czwartek 1 października w portalu Teatr dla wszystkich CLICK
W piątek pojechałam na trzy dni do Rzeszowa, miasta mojej uniwersyteckiej młodości. Są takie miasta, po których człowiek właściwie nigdy nie chodzi sam. Towarzyszą mu dawni przyjaciele, rodzice, rodzeństwo, ludzie, których już dawno nie widział, a czasem ci, których zobaczyć już nie może. Wystarczy skręcić w odpowiednią ulicę.
Tadeusz Nalepa pochodził z Rzeszowa, jak mój pierwszy mąż, a Mira Kubasińska z Ostrowca, jak ja.
Ucieszyłam się więc, kiedy zobaczyłam, że w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej odbędzie się spotkanie z Utą Przyboś-Christiaens. Wieczór należał do cyklu „Poezja w teatrze”, realizowanego w ramach projektu „Nowe Przestrzenie Siemaszkowej”, a zatytułowano go „Dosłowniej, znikliwiej – rodzinne historie poetyckie i inne”.
Ten tytuł został ze mną na dłużej. Bo znikliwość dopada człowieka w najmniej spodziewanych miejscach. Następnego dnia chodziłam po Rzeszowie i co chwilę widziałam miasto, którego już nie ma. Tu była kawiarnia Kosmos i tu siedziałam kiedyś na swoich urodzinach. Do kina Zorza chodziłam z tym i z tamtym.
W miejscu dawnej dużej księgarni jest bank BNP Paribas. Z tej księgarni „zwinęłam” kiedyś książkę o sztuce Dalekiego Wschodu. Była bardzo droga. Do dziś pamiętam i książkę, i grzech.
Człowiek idzie przez współczesne miasto, a pod nim ma własną mapę. Niewidoczną dla innych.
Może dlatego spotkanie z Utą Przyboś-Christiaens tak mocno trafiło w mój rzeszowski nastrój. Przed jego rozpoczęciem miałam przyjemność ją poznać, ponieważ siedziałyśmy obok siebie.
Ujęła mnie od razu skromnością i naturalnością. Dzieli nas niewielka różnica wieku, więc kiedy później patrzyłam na nią siedzącą blisko sceny – dojrzałą kobietę, malarkę i poetkę – chwilami miałam dziwne wrażenie, jakbym patrzyła także na siebie i własny czas.
Na ekranie przesuwały się czarno-białe fotografie rodzinne. Na jednej młoda, długowłosa dziewczyna stoi obok starszego, szpakowatego mężczyzny. Dziewczyną jest Uta. Mężczyzną jej ojciec, Julian Przyboś, jedna z najważniejszych postaci polskiej awangardy.
Uta Przyboś miała piętnaście lat, kiedy ojciec zmarł. Jej matka ponownie wyszła za mąż, a rodzina zamieszkała w Belgii. Z tą rodzinną historią wiąże się również nazwisko Christiaens, należące do ojczyma poetki. Podczas rozmowy prowadzący spotkanie Jakub Pacześniak zapytał także o jej niezwykłe imię. Sama miałam ochotę o to zapytać. Uta była początkowo zdrobnieniem od Danuty, bo tak miała na imię jej matka. Przypadek dopisał do tej historii piękną puentę: po japońsku „uta” oznacza pieśń lub wiersz.
Pacześniak – poeta, tłumacz i krytyk literacki – prowadził ją z dużą wrażliwością i dyskrecją. Patrząc na niego, myślałam chwilami o Mariuszu Szczygle. Podobny rodzaj uważności na rozmówcę, ciekawość pozbawiona potrzeby popisywania się własną wiedzą.
Najpierw rozmawiano o malarstwie. Uta Przyboś jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych, zajmowała się projektowaniem, współpracowała z firmami architektonicznymi. O pracy mówiła zwyczajnie: z czegoś przecież trzeba żyć. Znacznie bardziej zapamiętałam jednak jej odpowiedź na pytanie, dlaczego tworzy.
Opowiadała o muzeach, które odwiedziła, książkach, które przeczytała, ludziach, których spotkała. Z tego wszystkiego rodzi się potrzeba pozostawienia własnego śladu. Tak przynajmniej odczytałam jej słowa. I chyba rozumiem tę potrzebę coraz lepiej.
Pisać zaczęła późno. Odnalazła własny język, bez obowiązku maszerowania śladem słynnego ojca i jego „Miasta. Masy. Maszyny”. Słuchając jednak wierszy Przyboś-Christiaens, odnajdywałam czasem odległe echo awangardy, szczególnie w sposobie korzystania z potoczności i konkretu. Jej utwory bardzo dobrze zabrzmiały w interpretacji Joanny Baran-Marczydło, aktorki Teatru im. Wandy Siemaszkowej, która czytała je z wyczuciem.
Podczas tej recytacji zastanawiałam się nad siłą i wrażliwością poetki, którą interesuje człowiek, natura, codzienność, czasem również problemy społeczne. Potrafi być dosadna, naturalistyczna, a za chwilę niezwykle malarska. Lubię w jej poezji odwołania do innych tekstów kultury: filmu, literatury, reportażu. Wszystko, co przeczytane, obejrzane i przeżyte, może po latach odezwać się w wierszu.
![]() |
| Z Utą i jej tomikiem poezji Coraz. |
I znów wracało do mnie słowo „znikliwiej”.
Pamięć, odchodzenie, przemijanie zastanawiają mnie dzisiaj bardziej niż dawniej. Z wiekiem zmienia się także sposób czytania poezji. Coraz mniej interesuje mnie hałas, efektowny gest czy manifest. Coraz bardziej słowo, które trafia w miejsce już przez życie przygotowane.
Bardzo pięknym akcentem spotkania była obecność nauczycieli ze Szkoły Podstawowej nr 12 w Rzeszowie, noszącej imię Juliana Przybosia, oraz gości z Gwoźnicy, rodzinnej miejscowości poety, w której został pochowany. Podkarpacka ziemia, tak ważna w jego biografii i poezji, wracała tego wieczoru we wspomnieniach i opowieściach. Literatura nagle odzyskiwała adresy, twarze, krajobrazy i rodzinne historie.
Wyszłam z teatru w ciepły jeszcze rzeszowski wieczór.
Z ulicy Sokolej ruszyłam szybkim krokiem na Sienkiewicza, gdzie czekała na mnie przyjaciółka z czasów studiów. Rozmawiałyśmy długo w noc. Następnego dnia przyszła kolej na drugą koleżankę, miejscową poetkę, z którą spotkałam się w cukierni obok bloku, gdzie mieszkali moi teściowie. Więc znów snułyśmy historie i dyskusjom nie było końca.
![]() |
| Do Hetmańskiej z 3 Maja idzie się koło Zamku, gdzie kiedyś było więzienie, a tu takie fajne bistro, nomen omen Fosa. |
Przez te trzy dni coraz wyraźniej czułam, że wracając do miasta młodości, spotykamy przede wszystkim dawnych siebie. Dziewczynę idącą do kina Zorza. Studentkę siedzącą w Kosmosie. Młodą kobietę zaglądającą do księgarni i popełniającą drobne przestępstwo z miłości do zbyt drogiej książki o sztuce Dalekiego Wschodu.
Miasto istnieje, my również jesteśmy w nim nadal, tylko trochę inaczej.
Dosłowniej. Znikliwiej.
PS Tak byłam ubrana w sobotę, pod hasłem zielono mi...
![]() |
| Na Rynku przed meksykańską restauracją. |
![]() |
| Chciałam też dostać się do teatru Maska, i nawet kusiłam pana inspicjenta od nadzoru, który mi tu robił zdjęcie, ale się nie udało😁 |










Mała popraweczka: Ulica nazywa się Sokoła, nie Sokola. Od nazwy towarzystwa gimnastycznego "Sokół", którego siedziba mieściła się w późniejszym budynku Teatru im. Wandy Siemaszkowej.
OdpowiedzUsuńZe mną nie miałaś na sobie tego ciemnego sweterka, tylko samą, cudownie kolorową bluzkę. Nakarmiłam się tymi kolorami!
OdpowiedzUsuńDziękuję. Tę nazwę to już zapomniałam. To nie tak jak Jagiellońska Zygmuntowska 3 Maja czy Cicha😀chociaż do teatru regularnie chodziłam w dawnych czasach i mam nawet niektóre programy z tamtych lat.
OdpowiedzUsuń