Jak znalazłam się na koncercie zespołu Deep Purple- purpurowa magia zamku Ćmielów i Atlas Arena Łódź.

7 października cała w kolorze deep purple udałam się na spotkanie z Piotrem Metzem, Markiem Raduli i Wojtkiem Cugowskim do Zamku Ćmielów,  a tematem był zespół Deep Purple. Zamek to obecnie  niezwykle klimatyczne miejsce największej na świecie galerii gitar.   A spotkanie stało się pasjonującą, prawie intymną  podróżą przez dekady historii hard rocka. 

Piotr Metz to jeden z najwybitniejszych dziennikarzy muzycznych w Polsce i poprowadził spotkanie z niezwykłą swobodą, a ja uczestniczyłam w wieczorze pełnym  prywatnych wspomnień dziennikarza, muzyków i widowni. Śmieliśmy się z unikalnych anegdot, szczególnie tych dotyczących muzyków filharmonicznych versa rockowych oraz porównań  gitarzystów– angielskiego Richiego Blackmoore`a i amerykańskiego Steve`a Morse`a. Taki to był dziwny mariaż, panowie mówili, właściwie zamiana w zespole.

Atmosferę  muzycznej pasji idealnie dopełniła ta  otwarta formuła – fani czuli się częścią  wielkiej, rockowej rodziny.  Wypowiadaliśmy się, wspominaliśmy nasze pierwsze razy /jakkolwiek to zabrzmi/ spotkań z zespołem Deep Purple.   Nie spodziewałam się nawet,  że ten wieczór będzie dla  mnie  prawdziwą podróżą w czasie – a już tym bardziej, że to właśnie ja wygram bilet na ich koncert w Łodzi wspominając publicznie o pewnej melancholii, która nas ogarnia, gdy  słuchamy muzyki zespołu, bo przecież minęło 50 lat od naszego pierwszego razu.

Wygranym też był pan Witold z Sandomierza.

Dokładnie tak to pamiętam. W latach 70. ta muzyka była dla nas czymś więcej niż dźwiękami – była powiewem wolności, zakazanym owocem, którego słuchało się z Radia Luxemburg i "trójki", a potem nagrywany na magnetofony szpulowe.

Instrumenty też doszły do głosu,  Wojciech Cugowski oraz Marek Raduli zaczarowali swoje gitary. Zaczęli oczywiście Smoke on the water i nie było współczesnego entourage`u, który zjada muzykę/ tak mówili/, same gitary i głos. Panowie z  pewnej wysokości małej sceny mogli podziwiać rozmarzone twarze słuchaczy.  Ja też widziałam, gdy  ich nagrywałam .

Wojtek Cugowski opowiadał o zespole z taką samą pasją i błyskiem w oku, jaki widziałam u moich uczniów w technikum. Jego wspomnienia o Rainbow, Whitesnake i wywiadzie z Ianem Gillanem pokazywały  jak  muzyka łączy pokolenia. Mówił, że jest psychofanem zespołu Deep Purple. Marek Raduli czarował gitarą i głosem  zaledwie kilka metrów ode mnie. Był znowu tym chłopcem, który zdziera płytę kolegi spisując dźwięki muzyczne na akordy i ucząc innych młodszych kolegów słynnych riffów. Sam wtedy grał na perkusji. A na koniec oficjalnie przekazał swoją gitarę do Muzeum Stratocastle.

Zaproszeni goście i państwo Zarębscy z Zamku Ćmielów

Potem wszyscy z taką serdecznością gratulowali mi biletu. Byłam oszołomiona. Ta chwila udowodniła, że na rock'n'rolla i na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Muzyka nie pyta o wiek w dowodzie – ona po prostu pulsuje w żyłach. Co widać na moich  radosnych zdjęciach.

Chcę z całego serca podziękować organizatorom cyklu Stratocastle Records.  Państwo Anna i Tadeusz Zarębscy stworzyli miejsce, w którym  fani muzyki czują się wspaniale. To była purpurowa magia, a następnego dnia Atlas Arena w Łodzi. Taki wspaniały czas.

8 października, w czwartek wyjechałam w kierunku Łodzi już po obiedzie. 200 km to  nie było   kolejne wyjście z domu, długa droga na spotkanie z muzykami.  A koncert – to  absolutne misterium i najpiękniejszy powrót do młodości, jaki mogłam sobie wymarzyć.

W grupie tłumu fanów na parkingu i w drodze do Atlas Areny czuliśmy się jak rodzina. Wszyscy radośnie się uśmiechali ciesząc się na nadchodzący wieczór.


Kiedy zgasły światła i usłyszałam pierwsze, potężne akordy „Highway Star” otwierającego koncert, poczułam młodzieńczy dreszcz emocji Na scenę wyszedł Ian Gillan w T-shircie w entourage`u i ambiencie świateł i innych efektów wizualnych. /słówka ze spotkania/. Choć czas płynie dla nas wszystkich, w jego głosie, w jego spojrzeniu i charyzmie wciąż  ten sam rockowy bunt, który kształtował moje pokolenie.

Patrzyłam na wielopokoleniowy tłum wokół mnie – od moich rówieśników ubranych w czarne T-shirty po nastolatków, którzy znali zespół od rodziców i dziadków.  To w końcu ikona rocka  na scenie, a ona nie zna metryki.

Zarówno nowe utwory, jak i nieśmiertelne klasyki brzmiały wspaniale. Sekcja rytmiczna z Rogerem Gloverem i Ianem Paicem /od początku w zespole/ była doskonała, a Simon McBride na gitarze godnie kontynuował dziedzictwo dawnych mistrzów. Gitarowe brzmienie drżało w naszych ciałach.


Momentem, który nas  poruszył  był solowy popis klawiszowca, Dona Aireya. Ten genialny muzyk wplótł w swoje solo fragmenty utworów Fryderyka Chopina oraz  „Mazurek Dąbrowskiego”. Cała hala  śpiewał, a pan Don z uśmiechem zrobił sobie przerwę na lampkę wina. W ogóle Don Airey pokazał niewiarygodne umiejętności.

Gdy wybrzmiały legendarne riffy „Smoke on the Water”, cała Atlas Arena zamieniła się w jeden wielki, szalony z radości tłum. Wszyscy śpiewali, przynajmniej dwa wersy, smoke on the water, the fire in the sky. W Ćmielowie pan Piotr przypomniał o historii powstania piosenki, o pożarze w Montreux. Na płycie tańczyliśmy, nagrywaliśmy i świetnie się bawiliśmy. Inne wielkie przeboje jakie usłyszeliśmy to min. Perfect strangers, Space trackin`, Lazy, Woman from Tokyo, Hush, Into the fire.  Finałowe „Black Night” dopełniło dzieła – wyszłam z hali z żalem, że już koniec, ale z sercem pełnym  młodzieńczej radości, jakiej dawno nie czułam.

Dziękuję jeszcze raz organizatorom ze Stratocastle Records w Zamku Ćmielów za tę przyjemność. Gdyby nie tamto spotkanie z Piotrem Metzem i gitarzystami, nie byłoby mnie w Łodzi. Ten wygrany bilet przypomniał mi, że wiek nieważny, a pasja i miłość do muzyki potrafią utrzymać nas w wiecznej młodości. Deep Purple, dziękuję za to, że wciąż gracie dla nas z wielkim entuzjazmem. 

To był mój pierwszy koncert, bo wcześniej zawsze coś było na przeszkodzie.  50 lat czekania. 

Na jakich koncertach legendarnych zespołów mieliście okazję uczestniczyć i gdzie?




Komentarze

  1. Oj, u mnie to ubogo, nie było okazji, jedynie Andrea Bocelli , Stare Dobre Małżeństwo, Anna Maria Jopek i zespół z Kuby, mąż bywał chyba częściej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Andrea Bocelli wystarczy ze wszystkich.
    Z najbardziej legendarnych gwiazd, to byłam na koncercie Paula McCartneya. Znałam prawie wszystkie piosenki na pamięć, bo uczyłam dzieci angielskiego na podstawie piosenek. Tauron Arena Kraków. To było kiedyś akurat na moją równą rocznicę urodzin.
    Byłam też na legendarnym koncercie i do tej pory z największą widownią w Polsce, 700 tys. gdzie gwiazdą był zespół Scorpions i wiele innych polskich sław. To było na lotnisku wojskowym pod Krakowem. dojeżdżało się pociągiem, a potem z powrotem w nocy wiele kilometrów szliśmy na piechotę, bo pociągi były przeładowane. Pojechałam z córką i koleżanką i moją koleżanką naszym nowym samochodem z salonu, który zostawiłam na bezpłatnym parkingu gdzieś na dachu. Spałyśmy w nim parę godzin zanim ruszyłyśmy do domu,😀 To działo się w wakacje z okazji 10 rocznicy radia RMF FM. taką miałam fantazję. Nadal czasami mi dopisuje😀

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ABBA i teatr pamięci. Dancing Queen po sześćdziesiątce.

Echa Edo, przebłyski Meiji- w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej.

Duch Gór w słuchawkach