La traviata na zamknięcie sezonu w październikowym Rimini.
Felieton ukazał się 29. października na portalu Teatr dla wszystkich
Dodaję tutaj zdjęcia, jak zwykle dla urozmaicenia czytania. Z dedykacją dla mojej dawnej wychowanki Beata Fischer i naszego blogera po drugiej stronie świata CLICK
Muszę podkreślić, że nie jestem specjalistką od opery, wręcz przeciwnie, ale bardzo lubię muzykę klasyczną i cały operowy entourage.
Włoskie wakacje kojarzą się zazwyczaj z szumem fal, plażą. słońcem i niespieszną kawą na piazza z widokiem na palazzo i chiesa Kiedy jednak planowałam mój urlop w Rimini, nie spodziewałam się, że jego absolutnym punktem kulminacyjnym stanie się wieczór spędzony w Teatro Amintore Galli. Odkryłam tu prawdziwą magię począwszy od zakupu biletu, który okazał się ostatnim biletem w tym sezonie, stąd na górnym balkonie. Oglądanie La traviaty Giuseppe Verdiego w miejscu o tak bogatej historii i czasie również dla mnie ciężkim z powodu straty bliskiej osoby było wzruszającym przeżyciem.
Arcydzieło Verdiego oglądałam już po raz kolejny, ale te okoliczności były niezwykłe.
Zanim wybrzmiały pierwsze nuty uwertury zachwycałam się samym teatrem Galli, który jest architektonicznym cudem. Budynek zniszczony podczas II wojny światowej, przez dziesięciolecia pozostawał ruiną. Jego uroczyste otwarcie po rekonstrukcji miało miejsce dopiero w 2018 roku.
![]() |
| Foyer |
Stałam na najwyższej kondygnacji powyżej klasycznych loży, podziwiając te niezwykłą budowlę, zrekonstruowaną zgodnie z XIX-wiecznymi planami Luigi Polettiego. Złocenia, pluszowe czerwone fotele, marmurowe holle i schody i potężny żyrandol sprawiają, że człowiek stara się również wyglądać stosownie do sytuacji w takiej świątyni sztuki najwyższych lotów.
Oglądanie opery we Włoszech, a zwłaszcza nieśmiertelnego dzieła z muzyką Giuseppe Verdiego i librettem Francesco Marii Piave, ma zupełnie inną wagę niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Tutaj opera to nie elitarna rozrywka dla wybranych, ale część ich kultury, coś, co Włosi mają we krwi.
Spektakl w Teatro Galli zachwycił mnie swoją skromną scenografią przy jednoczesnym szacunku do tradycji. Reżyser Andrea Bernard, wspólnie ze scenografem Alberto Beltrame i projektantką kostiumów Eleną Beccaro, stworzył trochę uwspółcześniony pociągający świat, a oświetlił go Marco Alba. Wioletta była ubrana w zwiewną jasną suknię. Taka delikatna, a walczyła ze społeczną hipokryzją i moralizmem społecznym. Wytworni panowie byli wystrojeni w eleganckie garnitury ozdobione modnymi szalami lub krawatami Scena okazywała się wielką salą z zastawionym stołem pokrytym czerwonym obrusem, lub sypialnią Wioletty z białym prześcieradłem.
Muzyka pod batutą maestro Jacopo Brusa była znakomita – tragiczna historia Violetty Valéry i Alfreda poruszała wszystkich do głębi dzięki wspaniałym muzykom Orchestra Filarmonica Italiana, jak i potężnemu chórowi Coro Colsper pod dyrekcją Andrei Bianchiego. Cala sala śpiewala i kołysała się podczas słynnego Brindisi. Dramatyczną historię znamy doskonale dzięki wielokrotnym ekraniacjom Damy Kameliowej, a libretto wyświetlane ponad sceną pomagało w rozumieniu i we wspólnym śpiewie. Wszyscy też chcieliby być Semper libera.
Obsada solistów była bardzo dobra, Elisa Verzier jako Violetta wzruszała dramatyzmem i sceniczną delikatnością, a towarzyszący jej Matteo Falcier w roli Alfreda Germonta stworzył postać pełną pasji. Upokorzenie Violetty ze strony Alfreda jest sceną rozdzierającą serce. Arie i concertato były znakomite.
Ogromne wrażenie wywarł na mnie również Giuseppe Altomare jako Giorgio Germont, którego głęboki baryton znakomicie oddał surowość i późniejsze pęknięcie ojcowskiego serca. Co ciekawe, w obsadzie drugoplanowej jest i polski akcent – Bronisława Sobierajska w roli wiernej Anniny. Była bardzo wzruszająca w swoim oddaniu, pełna miłości i przywiązania.
Najbardziej uderzyła mnie jednak refleksja, która przyszła po finałowym, tragicznym akcie. Gdy Violetta umierała w ramionach Alfreda, w teatrze panowała absolutna, poruszająca cisza. A potem niekończące się brawa. Wychodząc po spektaklu na oświetlony plac Piazza Cavour, gdzie wcześniej jadłam kolację,
![]() |
| Kolacja na Placu Cavour |
poczułam specyficzną wakacyjną melancholię. Życie toczy się dalej, ludzie się bawią, rozrabiają, następnego dnia demonstrują, kolejnego dnia wstają rano do pracy, świat się nie zatrzyma z powodu śmierci ukochanej osoby. Pociągi we Włoszech tylko stają w nieodpowiednim momencie.
Zrozumiałam, że Rimini to nie tylko kurort z bezkresnymi plażami i nocnym życiem, ale miasto o głębokiej historii i kulturze. W wielu miejscach przypominają o tym plakaty z napisem La cultura non serve a niente ma la citta cambiano solo grazie a lei.
Ta podróż do Włoch, dzięki wieczorowi w Teatro Galli, zyskała stała się o wiele bogatsza. Spektakl przypomniał mi, że najwspanialsze wakacyjne wspomnienia to te, które dotykają naszych emocji i zostają w sercu na zawsze.
Jeśli kiedykolwiek będziecie w regionie Emilia-Romania, koniecznie kupcie bilet do Teatro Galli. To inwestycja w zachwyt, który nie mija wraz z końcem lata.









Komentarze
Prześlij komentarz